Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Penelope Ward. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Penelope Ward. Pokaż wszystkie posty

26 kwietnia 2024

382. "Well played. Zakład o więcej niż wszystko" ~ Vi Keeland & Penelope Ward

Tytuł:Well played. Zakład o więcej niż wszystko

Tytuł oryginału:Well Played

Autor: Vi Keeland & Penelope Ward

Data wydania: 16 stycznia 2024

Wydawnictwo: Editio  Red

 

Presley postanowiła się przeprowadzić, kiedy jej syn odziedziczył po dziadku połowę starego zajazdu. Chciała go odnowić i przywrócić mu dawny blask, aby w przyszłości poprowadzić tam urokliwy pensjonat. Problem w tym, że do jej syna należała tylko połowa posiadłości. Druga przypadła Leviemu Millerowi, sławnemu rozgrywającemu, który wyglądał jak Adonis i miał zupełnie inne plany co do tego miejsca: sprzedać swoją część za dobrą cenę.

Ponieważ Presley nie miała zamiaru rezygnować z marzeń, postanowiła przekonać Leviego do swojego pomysłu. Początek ich znajomości nie był udany – przypadkowe zranienie skończyło się dla przystojnego sportowca założeniem ośmiu szwów. Później wcale nie było lepiej. Negocjacje kończyły się ostrymi kłótniami. Rozwiązaniem okazał się zakład: jeśli ona wyprzeda wszystkie noclegi do końca lata, będzie mogła poprowadzić zajazd. Tymczasem wszyscy zamieszkali pod jednym dachem.

Kolejne tygodnie przyniosły sporo niespodzianek. Nieoczekiwanie Presley i Levi zbliżyli się do siebie – zobaczyli, że oboje mają coś, za czym tęsknili od lat, i zakochali się w sobie po uszy.

Szybko się okazało, że sprawa zajazdu jest najmniejszym problemem. Sytuacja nagle stała się niezwykle poważna. I to z wielu powodów…

Źródło opisu: okładka książki.

 

Po raz kolejny Vi i Penelope udowodniły, że są duetem niezawodnym. Stworzyły historię zabawną, z nutką pikanterii, ale też nie zabrakło akcji i jakiegoś przekazu. Wykreowały swoich bohaterów na silne osobowości, ale nie postawiły przed nimi łatwej sytuacji, bo to co zaczyna się pomiędzy Presley a Levim jest kompletnie zakazane. Dlaczego? A no dlatego, że mężczyzna jest bratem jej ex i wujkiem jej syna. Tak. To wszystko jest bardzo pogmatwane, ale jak walczyć z tak silnym przyciąganiem, jakie daje się wyczuć między tą dwójką?

Cóż. Nic nie powiem.

Well played. Zakład o więcej niż wszystko” to naprawdę dobry romans i widać, że autorki sobie wszystko dobrze przemyślały. Stworzyły nam tutaj perspektywę dwuosobową, dzięki czemu wiemy, co dzieje się w danym momencie u obojga bohaterów i co kieruje ich działaniami. Ja zawsze wolę, gdy mamy wzgląd w obie strony, że tak się wyrażę.

Na pewno jest to powieść dla fanów romansów, w których występuje seksowny sportowiec, choć od razu zaznaczę, że tego tematu jest tu dość mało. Akcja wokół zawodu Leviego się nie kręci. Bardziej Vi i Penelope skupiają się na renowacji zajazdu, no i przede wszystkim relacji pomiędzy Presley oraz Levim, która na początku nie zaczyna się zbyt pozytywnie. Obserwujemy jednak, jak ich niechęć przemienia się w sojusz, a potem coś więcej. Tych dwoje, mimo że ich życia na swój mniejszy czy większy sposób były splecione, dopiero teraz ma okazję poznać się tak naprawdę. Wtedy Presley dla Leviego była tylko dziewczyną brata. Teraz… cóż. Sytuacja się zmieniła. No i nie mogę też zapomnieć o Alexie, który jest tak uroczy, że skradł mi serce tak samo, jak jego wujek. I pomimo tego, co działo się aktualnie w życiach Presley czy Leviego, oboje zawsze pamiętali, że to jego dobro jest najważniejsze.

 

Polecam wam tę książkę, naprawdę. Jest warta zapoznania i zdecydowanie dobrze się ją czyta, potrafi też wciągnąć i zaciekawić czytelnika, bo tak naprawdę nie wiadomo, czego tu się można spodziewać, a autorki trochę tu zakręcą sytuacją! I podgrzeją atmosferę.

Mam nadzieję, że na polskim rynku pojawi się prędko jakaś premiera spod pióra tego duetu, bo naprawdę uwielbiam te pisarki. Wspólnie tworzą zabawne, dobre romanse i polecam wam je wszystkie.

 

Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Editio Red.

30 kwietnia 2021

235. "Najpiękniejsza pamiątka" ~ Vi Keeland & Penelope Ward

Tytuł:Najpiękniejsza pamiątka

Tytuł oryginału:My Favorite Souvenir

Autor: Vi Keeland & Penelope Ward

Data wydania: 20 kwietnia 2021

Wydawnictwo: Editio Red

 

Od początku wszystko szło nie tak. Zerwane tuż przed ślubem zaręczyny. Samotna wycieczka zamiast podróży poślubnej. Fatalna pogoda, odwołane loty, a w perspektywie koczowanie w lobyy hotelu zamiast oczekiwania na koniec śnieżycy w cywilizowanych warunkach. To wtedy nieoczekiwanie zaczęła się historia fałszywego rodzeństwa Madeline i Milo Hookerów, bo oboje nazywali się zupełnie inaczej i wcale nie byli bratem i siostrą.

Śnieżyca minęła, loty przywrócono, a Madeline i Milo nie potrafili się rozstać. Stali się sobie bliscy. Przez kilka cudownych dni byli nierozłączni. Nie poznali swoich prawdziwych imion, choć zdradzili sobie najpilniej skrywane sekrety. Zwiedzali razem różne miejsca i zbierali pamiątki. A gdy wreszcie przyszedł czas rozstania, obiecali sobie, że spotkają się znów, za trzy miesiące w Nowym Orleanie. Wtedy będą już wiedzieć, czy są na siebie gotowi.

Powrót do domu przyniósł dziewczynie nowe rozterki i kolejne znaki zapytania. Od chwili pożegnania wiedziała, że będzie tęsknić za pięknym nieznajomym. Serce mówiło jej, że są dla siebie stworzeni i mogą zbudować cudowny związek. Rzeczywistość jednak okazała się zupełnie inna od marzeń o bajkowej miłości. Madeline – a właściwie już Hazel – zaczęła sobie zadawać pytania, czy w jej przyszłości jest w ogóle miejsce dla mężczyzny i czy ma jeszcze szansę na prawdziwe, szczere uczucie.

Ogarnęło ją zwątpienie, a czas powoli upływał…

Źródło opisu: okładka książki.

 

– Cóż, czasem nie można skleić swojego serca samodzielnie. Zawsze jednak można je oddać komuś innemu. I z czasem będzie coraz lepiej, bo ta nowa osoba w twoim życiu pomoże ci zapomnieć o zaznanych krzywdach.

 

Główni bohaterowie przeżyli przygodę, przez którą autorki ciekawie nas poprowadziły. Podobało mi się to, jaki miały pomysł na tę historię, jak to rozegrały i jak wykreowały Hazel i przystojnego nieznajomego. „Najpiękniejsza pamiątka” to twórczość Vi i Penelope, ale w nieco innym wydaniu, niż miałam okazję poznać do tej pory. Jest spokojniejsza, ma mniejszą dawkę humoru niż pozostałe książki tych autorek i jest też urocza.

Słyszałam, że opinie na temat tej powieści są pomieszane. Uwielbiam twórczość tego duetu i z największą przyjemnością sięgam po każdą kolejną nowość, jaka pojawia się na polskim rynku wydawniczym. Jeszcze nigdy nie poczułam się zawiedziona, w tym przypadku również. Owszem, te dwie autorki napisały już lepsze romanse, ale ten naprawdę mi się podobał i cieszę się, że miałam okazję go przeczytać.

Jak już wspomniałam, jest to nieco coś innego, co już poznałam od Vi i Penelope, ale przypadła mi ta historia do gustu. Była ciekawa, może i przewidywalna, ale ja się dobrze bawiłam, czytając i zajęło mi to dwa wieczory, bo naprawdę się wciągnęłam. Czyta się szybko, przyjemnie i przede wszystkim – chce się czytać. Nie była to nudna powieść, dla mnie nie. Obserwujemy, jak rozwija się relacja pomiędzy fałszywym rodzeństwem Hookerów, jak przeżywają przygodę i coś się między nimi zaczyna dziać. W tym przypadku naprawdę nie było żadnego, ale to żadnego pośpiechu. Wszystko działo się tak naturalnie i czytałam to z uśmiechem. Tylko, że później oboje musieli zderzyć się z rzeczywistością i tam już nie wszystko było tak łatwe, jakby tego chcieli.

Najpiękniejsza pamiątka” to historia, w której autorki chcą nam przekazać coś istotnego. Coś, o czym myślę, że czasami zapominamy – ja sama również. Pamiętajmy, że to jest nasze życie. Podążajmy za własnymi pragnieniami, za głosem naszego serca. Róbmy to, czego chcemy MY i co uszczęśliwia NAS, a nie to, czego chce od nas ktoś drugi czy trzeci.

 

Podsumowując. Mi naprawdę podobała się ta książka i polecam wam ją z czystym sercem, choć oczywiście pamiętajmy, że każdy jest różny i mimo, że ja zostałam kupiona nie tylko historią, ale bohaterami oraz sposobem wykonania, to wam może coś jednak w tej powieści nie pasować. Mam jednak nadzieję, że jeśli się zdecydujecie sięgnąć po „Najpiękniejszą pamiątkę”, to nie będziecie żałować.

 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red.

16 lutego 2021

214. "Sprośne listy" ~ Vi Keeland & Penelope Ward

Tytuł:Sprośne listy

Tytuł oryginału:Dirty Letters

Autor: Vi Keeland & Penelope Ward

Data wydania: 10 lutego 2021

Wydawnictwo: Editio Red

 

Griffin Quinn był moim korespondencyjnym powiernikiem z dzieciństwa, angielskim chłopcem, od którego różniło mnie wszystko. Z biegiem lat, wraz z setkami napisanych listów, staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi – dzieliliśmy się najgłębszymi, najmroczniejszymi sekretami i zbudowaliśmy więź, która wydawała się niezniszczalna.

Do czasu. Pewnego dnia wszystko się zmieniło.

Nagle, zupełnie niespodziewanie, przyszedł kolejny list. Pełen wyrzutów i gniewu nagromadzonego przez osiem lat. Nie miałam wyboru i w końcu musiałam się przyznać, dlaczego przestałam odpowiadać na korespondencję. Grifiin mi wybaczył i po jakimś czasie udało nam się ożywić relację z lat dziennych. Z tym że byliśmy już dorośli i wszystko nabrało rumieńców. Nasze listy stały się niegrzeczne, odkrywaliśmy w nich swoje najdziksze fantazje. Jedynym logicznym wyjściem z sytuacji wydawało się więc przeniesienie znajomości na kolejny poziom i spotkanie twarzą w twarz.

Tyle że Griffin wcale tego nie chciał. Uznał, że tak będzie dla nas najlepiej. Jednak ja musiałam go zobaczyć, więc wykonałam skok na głęboką wodę i zaczęłam go szukać. Przecież ludzie robili w imię miłości bardziej szalone rzeczy, prawda?

Ale to, czego się dowiedziałam, może zmienić wszystko…

Źródło opisu: okładka książki.

 

Miłość jest wszystkim. Znaczy więcej niż strach, więcej niż śmierć. Wykracza poza czas.

 

Nie jest tajemnicą, że książki z duetu Vi i Penelope biorę w ciemno, a kiedy widzę jakąś nowość, po prostu wiem, że ją muszę przeczytać. Tak samo było w przypadku „Sprośne listy” i wiecie co? Wprost przepadłam, jak zawsze zresztą w przypadku tych autorek. Znów wykonały kawał dobrej roboty i nie mogłam się od tej książki oderwać.

Mimo iż jest to naprawdę zabawny i uroczy romans, po raz kolejny Vi i Penelope postanowiły poruszyć pewien temat, o którym nie chcę mówić, by wam niczego nie spojlerować. Jest to jednak pewna przypadłość, która nie musi, ale potrafi utrudnić życie i autorki pokazują, że gdy jest to bardziej zaawansowane, jak w przypadku tej historii, człowiek na co dzień musi się zmagać z trudnościami, które dla innej osoby wydają się błahe. To mi się bardzo podobało, tym bardziej, że trochę się z tym utożsamiam, choć w moim przypadku ma to dużo słabszy przebieg.

Podobał mi się też sam pomysł na fabułę. Z dużą przyjemnością czytało mi się listy i tak naprawdę wyczekiwałam ich z równą niecierpliwością co Griffin i Luka. Ich znajomość rozpoczyna się dość nietypowo, bo przez listy. Nie e-meile, a zwyczajne, papierowe listy. I właśnie podczas korespondowania coś pomiędzy bohaterami zaczyna iskrzyć, rodzą się uczucia, poznają się tak naprawdę. Nic jednak dziwnego, skoro początek ich znajomości miał miejsce, gdy byli dziećmi.

Moje serce bezapelacyjnie skradł Griffin. Był po prostu świetnym facetem, któremu naprawdę zależy na Luce i jest to zresztą obustronne. I dużo ważniejsza jest dla nich ich znajomość niż to, by sprośne fantazje z listów przerodziły się w rzeczywistość. Oczywiście pojawiają się sceny seksu, ale są subtelne i nie wchodzą na pierwszy plan. Podejście Griffina do przyjaciółki z dzieciństwa mnie po prostu urzekło. Natomiast Luka to świetna kobieta, o ogromnym sercu.  I pomimo tego, jak starają się być ze sobą szczerzy, na ich drodze czeka jeszcze sporo przeszkód, muszą zmagać się z problemami. A jak sobie z nimi poradzą? Cóż. Oczywiście musicie przekonać się o tym sami! Sama kreacja bohaterów, nie tylko tych głównych, ale również drugoplanowych, jak najbardziej na plus. Byli to zwyczajni ludzie, pełni obaw i strachu, popełniający błędy. I naprawdę polubiłam ich wszystkich! Oraz Hortensję, ale kto to taki, to musicie odkryć sami.

 

Sprośne listy” to historia, w której znajdziecie sporą dawkę humoru, ale jest też naprawdę urocza, trochę przewidywalna, ale nie można jej zarzuci braku oryginalności i z całego serca wam ją polecam. Czyta się bardzo szybko i wciąga, przez co mi było ciężko od lektury odejść. A jednocześnie żałuję, że skończyłam, bo po wszystkim poczułam niedosyt. Ta historia i bohaterowie zostaną ze mną na długo. Autorki mają umiejętność w tworzeniu luźnej opowieści, w której poruszają cięższy wątek, dzięki czemu są tak dobre i co najważniejsze, został zachowany realizm. Dlatego mam nadzieję, że kolejna powieść tego autorskiego duetu pojawi się szybko i że wy zdecydujecie się sięgnąć po „Sprośne listy”.

 

Ze egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red.

11 grudnia 2020

199. "Świąteczny układ. Opowiadania" ~ Vi Keeland & Penelope Ward

Tytuł:Świąteczny układ. Opowiadania

Tytuł oryginału:Scrooged. The Christmas Pact

Autor: Vi Keeland & Penelope Ward

Data wydania: 17 listopada 2020

Wydawnictwo: Editio Red

 

ŚWIĄTECZNY UBER

Była to najpaskudniejsza Wigilia, jaką można sobie wyobrazić. Meredith musiała jechać do sądu. Raczej nie miała szans na pomyślne zakończenie sprawy. Aby zaoszczędzić, zamówiła dzielony przejazd Uberem. Wspólna podróż zaczęła się fatalnie. Później było tylko gorzej. Może nie powinna była uderzyć Adama w twarz. Facet był nieziemsko przystojny no i pomógł jej. A potem się rozeszli, każde w swoim kierunku.

 

ŚWIĄTECZNA WPADKA

Zamiast kupować drogie prezenty pod choinkę, zrób dobry uczynek w imieniu obdarowanego. Piper uznała, że to świetny pomysł. Postanowiła więc nakarmić bezdomnego, którego spotkała obok swojego domu. Tylko że bezdomny okazał się bogatym przystojniakiem, a rozmowa zakończyła się kłótnią. Niedługo potem Piper znalazła pod swoimi drzwiami „prezent”, który najwyraźniej świadczył o tym, że niechęć przystojniaka do niej wciąż trwa…

 

ŚWIĄTECZNY POCAŁUNEK

Kiedy wszystko wokół jest beznadziejne, pozostaje zrobić coś szalonego. Na przykład pocałować nieznajomego zobaczonego w nowojorskiej kawiarni. Margo chciała udowodnić sobie, że wciąż ma chęć na przygody i nie boi się wyzwań. Zaczepiony mężczyzna wyglądał jak grecki bóg, a w jego oczach błysnęło zainteresowanie. Odwzajemnione zresztą. Zaiskrzyło. W Margo powoli wzbierała nadzieja na więcej… Jednak perfidny los chciał inaczej.

 

ŚWIĄTECZNY UKŁAD

W każde święta Riley Kennedy przypominała sobie, że nie powiodło jej się równie dobrze jak rodzeństwu. Niczego nie osiągnęła. Z ogromną niechęcią myślała o obowiązkowej firmowej imprezie świątecznej. Zwłaszcza że miał się na niej pojawić Kennedy Riley, jej współpracownik, którego znała jedynie z omyłkowo otrzymywanych e-maili i dosadnych komentarzy, na jakie sobie pozwalał. Czyżby należało przygotować się na kolejne upokorzenia?

 

Cztery historie. Cztery świąteczne pragnienia.

Czy tym razem magia świąt przyniesie upragnione rozwiązanie?

Źródło opisu: okładka książki.

 

Świąteczny układ” to dziesiąta książka – wydana w Polsce – jaką zaprezentowały Vi Keeland i Penelope Ward w duecie. Tym razem zdecydowały się na nieco inną odsłonę, bo nie jest to jedna historia, a zbiór czterech opowiadań. I to świątecznych. Byłam więc naprawdę bardzo ciekawa, jak to rozegrały i nie musiałam się nawet zastanawiać czy chcę ją przeczytać. To było dla mnie oczywiste.

Te autorki tylko udowodniły, że nawet krótkimi romansami opiewającymi tylko na kilkadziesiąt stron, są w stanie skraść serce czytelnika. Historie, które stworzyły, są naprawdę zabawne i po prostu świetne. Aż żałowałam, że nie stworzyły z nich pełnowymiarowych książek. Mimo, że miały do dyspozycji naprawdę niewielką ilość stron, to wykonały kawał dobrej roboty. Widać, że te historie nie są napisane byle by były albo coś jest niedopracowane. Absolutnie. Każda z nich jest idealnie wykreowana tak, że ograniczenia w stronach nie stanowiły tu żadnej przeszkody. Całość czytało się bardzo szybko, a może nawet za szybko. Nie zdążyłam się nacieszyć! Jednak zdradzę wam mały sekret. I jako, że znam twórczość tych autorek, to w środku znalazłam małą niespodziankę, która mnie ucieszyła. Nie zdradzę jednak co to takiego.

Nie będę ukrywać. Vi i Penelope po raz kolejny – dziesiąty – mnie kupiły. „Świąteczny układ” ma trzy krótsze opowiadania oraz jedno dłuższe i przyznaję, podobały mi się dosłownie wszystkie. Zastanawiając się nad faworytem, nie było łatwo, ale ostatecznie wybieram ostatnią historię, która nosi taki sam tytuł jak ten widniejący na okładce książki. Może dlatego, że z bohaterami z tego opowiadania spędziłam najwięcej czasu.

Jeśli jeszcze nie znacie książek pisanych przez ten duet i jesteście ciekawi to myślę, że „Świąteczny układ” jest taką pigułką, z której możecie się przekonać czy to, co Vi Keeland i Penelope Ward tworzą razem, wam się podoba i czy chcecie sięgnąć po więcej. Powiem wam jeszcze, że ja nie zapoznałam się z opisami tuż przed rozpoczęciem czytania, więc każda ta opowieść była dla mnie małą zagadką. I to było naprawdę przyjemne!

 

Z całego serca polecam wam tę lekturę, w której każde opowiadanie jest inne, wyjątkowe, bohaterzy mają swoje historie i łączy je jedno: świąteczna miłość. W niektórych ten klimat świąt jest bardziej wyczuwalny, w innych mniej, ale temat pojawia się w każdym. Uważam, że będzie idealna na ten zbliżający się okres. Do tego herbatka, ciepły koc i klimat idealny. A autorki zapewnią wam dużo uśmiechu i świetnej zabawy, a do tego przedstawią czterech przystojniaków.

 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red.

16 września 2020

177. "Park Avenue" ~ Vi Keeland & Penelope Ward

Tytuł:Park Avenue

Tytuł oryginału:Park Avenue Player

Autor: Vi Keeland & Penelope Ward

Data wydania: 02 września 2020

Wydawnictwo: Editio Red

 

Niepospolita uroda Elodie Atlier była pułapką na facetów, którzy zdradzali swoje kobiety. Agencja detektywistyczna nie była jednak pracą jej marzeń, więc Elodie postanowiła poszukać lepszego zajęcia. Tamtego dnia śpieszyła się na rozmowę z potencjalnym pracodawcą. Niestety, miała pecha, niegroźną stłuczkę. Tamten gość miał drogi samochód, wygląd greckiego boga i paskudne maniery. Po ostrej wymianie zdań rozstali się, a Elodie miała nadzieję, że więcej tego bufona nie spotka. Nie miała więc tęgiej miny, gdy okazało się, że stara się o pracę właśnie u niego.

Hollis LaCroix przyzwyczaił się, że ma władzę i duże pieniądze. Nie znosił kobiet, które miały sekrety. Nie przepadał też za tupetem i ciętym językiem. Ślicznotka, która uszkodziła mu samochód, a chwilę potem, starając się o posadę niani jego bratanicy, wygarnęła mu od serca, natychmiast spotkała się z jego ostrą reakcją. Mimo to, gdy emocje opadły, postanowił dać jej szansę. W końcu trudno o idealną opiekunkę dla dziewczynki z problemami. Hollis sam przed sobą nie chciał przyznać, że zarówno odwaga, jak i temperament Elodie bardzo mu się spodobały.

Dziewczyna okazała się utalentowaną nianią. Zbudowała więź z małą Hailey i wydawało się, że może być tylko lepiej. Prędko jednak okazało się, że śliczną nianię i przystojnego pracodawcę łączy coś więcej. Oboje starali się ukrywać wzajemną fascynację i pozwalali sobie zaledwie na niewinny flirt. Zdawali sobie sprawę, że dzieliło ich zbyt wiele, a ewentualny romans mógłby spowodować potężne komplikacje.

Źródło opisu: okładka książki.

 

„– Lubię szczerość. A uroda to największe z kłamstw. Ludzie patrzą na ciebie, widzą zewnętrzną powłokę i zakładają, że wnętrze do niej pasuje. Ale w lustrze nie widać, kim jesteś.

 

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam książki Vi i Penelope. Moim zdaniem tworzą coś naprawdę niesamowitego i tak naprawdę sięgam po kolejne już w ciemno. Nie muszę czytać opisu i po prostu czuję, że to będzie dobre. Zdziwiła mnie grubość „Park Avenue”, bo zazwyczaj autorki piszą krótsze historie, ale im więcej stron, tym jeszcze więcej dobroci. Choć zawsze istnieje ten cień niepewności, że ulubiony twórca może coś zepsuć, prawda?

Nie było tak w tym przypadku. Absolutnie! Uważam, że autorki stworzyły świetną historię – i to po raz kolejny. Choć lubię wszystkie, ta trafia do czołówki moich ulubionych. Pokochałam bohaterów. Dobrą i piękną Elodie Atlier oraz przystojnego, nieco dupkowatego Hollisa LaCroix. Oboje łączy to, że sparzyli się na związkach i czują strach przed daniem kolejnej szansy. Jednak nie mogą zaprzeczyć, że coś pomiędzy nimi jest. Tylko czy postanowią dać temu szanse?

Bardzo podobał mi się sposób, w jaki została rozwinięta relacja tych dwojga. Widać, że ich do siebie ciągnie. Jedno pragnie drugiego, trochę ze sobą pogrywają, ale nic nie dzieje się szybko. Ba! Czasami robią nawet krok w tył. Zdecydowanie budowanie ich więzi jest stworzone w tej powieści z wyczuciem. A także da się wyczuć napięcie i chemię między bohaterami. Jednak „Park Avenue” ma znacznie więcej plusów! Na przykład to, że w tej historii autorki postawiły na szczerość. Wiadomo, jak to jest z tajemnicami w romansach. Oczywiście, że nie od razu wszystko wychodzi na jaw, jest nuta niepewności, ale nie jest to przedstawione… typowo, bym powiedziała. Za to Vi i Penelope przygotowały coś znacznie, znacznie lepszego i powiem wam szczerze, że tym, co wymyśliły, zostałam zaskoczona. Naprawdę nie spodziewałam się takiego obrotu spraw!

W tej książce jest pełno humoru, aż uśmiech sam ciśnie się na usta i po prostu nie mogłam się powstrzymać, by jej nie czytać. A gdy nie czytałam to rozmyślałam o tym, co też może się wydarzyć. Hollis i Elodie to świetny team, który dopełnia pewna świetna nastolatka. Naprawdę polubiłam tych bohaterów i coś czuję, że nie tylko ja. Jednak prócz zabawnych momentów i przekomarzań, „Park Avenue” to też powieść na swój sposób piękna, wzruszająca i chwyta za serce. Nie chcę wam mówić o co chodzi, by nie zabierać wam przyjemności, więc musicie przekonać się sami.

Przeczytałam wszystkie książki tego autorskiego duetu i po raz kolejny autorki zachwyciły mnie tym, co stworzyły. Przy „Park Avenue” nagle zginął mój zastój czytelniczy i miałam naprawdę chęć czytać i czerpałam z tego dużo przyjemności, a nie zabrakło też emocji, bo naprawdę to co tu dostaniecie… Dla mnie super, serio. I jak widać, idealne lekarstwo, gdy chęci do czytania zanikają.

 

– Niektórzy ludzie wkraczają w nasze życie, a gdy z niego odchodzą, zabierają ze sobą skrawek naszego serca. I ten skrawek, ta cząstka miłości już zawsze przy nich zostanie. Lecz serce jest silne i ostatecznie się uleczy. Będzie jednak inne niż tamto dawne serce i dlatego nigdy dwóch osób nie kochamy w ten sam sposób.

 

Pewnie już się domyślacie, ale jeśli nie – POLECAM. Na swój sposób jest pokazane, że jeśli za kimś tęsknimy, nie czekajmy zbyt długo by się odezwać, schowajmy dumę w kieszeń. Kto wie czy będzie jeszcze okazja? Jak mówię, ta historia bawi, wciąga i zapewniła mi mocniejsze bicie serca. Oczywiście nie każdy musi odebrać ją tak, jak ja, ale mam nadzieję, że jeśli się na nią zdecydujecie, to poczujecie to samo. I jak zawsze, gdy skończyłam czytać książkę autorstwa Vi i Penelope, poczułam niedosyt. Więc mam nadzieję, że kolejna powieść spod ich wspólnego pióra pojawi się jak najszybciej!

 

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red.

02 listopada 2019

109. "Zgryźliwe wiadomości" ~ Vi Keeland & Penelope Ward

Tytuł:Zgryźliwe wiadomości
Tytuł oryginału:Hate Notes
Autor: Vi Keeland & Penelope Ward
Data wydania: 04 października 2019
Wydawnictwo: Editio Red

Wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby narzeczony Charlotte Darling – Todd, nie okazał się niewiernym sukinsynem. Charlotte po zamążpójściu na pewno zmieniłaby się w nadętą snobkę, a potem żyłaby długo i szczęśliwie. Todd jednak zerwał zaręczyny i suknia ślubna z najnowszej kolekcji Marchesy stała się niepotrzebna. Szczęśliwie można ją było odsprzedać w sklepie na Upper East Side. Butik oferował setki sukni ślubnych, a każda miała własną historię – jedna z nich sprawiła, że złamane serce dziewczyny zapragnęło prawdziwej miłości. Najbardziej na świecie.
Reed Eastwood był posępny, seksowny i onieśmielający. Ale także cyniczny i arogancki. Przez wypitą butelkę wina, Facebooka i dziwne zrządzenie losu Charlotte została jego pracownicą. Dla nikogo nie było tajemnicą, że mężczyzna nie znosił swojej asystentki od pierwszego dnia. Był dla niej wredny i bezwzględnie wymagający. Nikt jednak nawet się nie domyślał, że w głębi ducha blond włosa piękność o niebieskich oczach spodobała mu się o wiele bardziej, niż chciałby przyznać. Intrygowała go. Fascynowała. Nagle odżyły w nim uczucia, które umarły wraz z tamtą historią. Razem z odejściem Allison…
Opowieść, która rozpoczęła się w tak niecodzienny sposób, nie może zakończyć się cukierkowym happy endem. Dwa zranione serca pochodzące z zupełnie innych światów nie mogą tak po prostu się spotkać i obdarzyć uczuciem. Przedzieranie się przez skorupę zgorzknienia i gniewu miewa przykre konsekwencje. Mimo to Charlotte postanawia zaryzykować. Chce przecież prawdziwej miłości. Tylko czy krucha sympatia jest w stanie przetrwać aż tyle obraźliwych słów i uwłaczających gestów?
Źródło opisu: okładka książki.

Nie jest już pewnie tajemnicą, że książki Vi i Penelope biorę już w ciemno, a jak tylko widzę nadchodzące nowości spod ich pióra, przebieram w miejscu nogami, nie mogąc się doczekać, aż nowa pozycja trafi w moje łapki. Przyznam też, że jak wiem, że mogę się spodziewać lada dzień paczki, wyczekuję listonosza, wyglądając przez okno. Niestety, czasem kończy się to rozczarowaniem, gdy mija mój dom i jedzie dalej. Nie przedłużając jednak, przekonajcie się czy nowa książka tych autorek przypadła mi do gustu czy może po raz pierwszy mnie rozczarowały.

Po przeczytaniu opisu troszkę się bałam, że Charlotte będzie kobietą z lekko zadartym noskiem i patrzącą na ludzi z góry. Nic bardziej mylnego! To tak ciepła i cudowna osóbka, że jej się po prostu nie da nie lubić. Nie dość, że piękna, to jeszcze do tego wszystkiego pracowita, inteligentna, dobra i szalona, w ten pozytywny sposób. Jej dziwactwa mogłyby się wydać niektórym dziwne, ale dla mnie były po prostu zabawne i urocze. Była szczera, skromna, bezinteresowna i potrafiła szybko zarazić swoim entuzjazmem – nawet czytelnika. Naprawdę jej zalet mogłabym wymieniać wiele, ale musicie się sami przekonać, jaką postacią jest panna Darling. Nie wiem czemu, ale na samą myśl o niej mam wrażenie ciepła gdzieś w środku i takiego rozczulenia. Naprawdę jej scharakteryzowanie strasznie mi się podobało, ale! Jej osobowość nie była przerysowana.
Co do Reeda… Ach, ten Reed. Otaczają go grube mury, potrafi być niemiłym gościem, aroganckim dupkiem, ale dajcie mu szanse, bo naprawdę z każdym kolejnym rozdziałem zyskuje coraz więcej. Wydawać wam się będzie, że znacie powód jego zgorzknienia, ale żeby was zaciekawić i bardziej zachęcić do sięgnięcia po tę lekturę powiem, że nic bardziej mylnego. Nie powiem wam też, jakim naprawdę jest człowiekiem, by nie zdradzić, co odkryłam za tymi murami, a właściwie co odkryła Charlotte, ale myślę, że mogę się pokusić o stwierdzenie, że Reed to mój kolejny mąż. Jego postać kupiła mnie w stu procentach! Mimo jego zgryźliwości.

Uważam, że lepiej przez lata mieć wspomnienia, które czasem bolą, niż nie mieć ich w ogóle.

Jak tylko myślę o tej książce albo nawet na nią patrzę, mam dziwne uczucie ekscytacji w środku. Strasznie mi się podobała ta historia i może ktoś się ze mną nie zgodzi, ale ja się nie przyczepię do niczego. Była zabawna, jak to zawsze bywa w przypadku romansów tych dwóch autorek, ale była inna niż to, co do tej pory od nich dostałam. Przynajmniej ja odnoszę takie wrażenie. Pamiętajcie, że moje uczucia niekoniecznie będą zgadzać się z waszymi, ale nie chcę oszukiwać, dlatego piszę szczerze, jak odebrałam „Zgryźliwe wiadomości”, nawet jeśli ktoś powie, że postradałam zmysły.
Fabuła, jak i samo przeprowadzenie wydarzeń w tej książce, było czymś innym. Ta powieść na pewno zapadnie mi w pamięci na długo, bardzo długo. Już samo oderwanie się od lektury było dla mnie niełatwe, bo chciałam wiedzieć co dalej, ale jak już odłożyłam książkę na bok, zastanawiałam się co tam się jeszcze zadzieje. Nie wiem czy nie pokuszę się o stwierdzenie, że to jedna z lepszych historii Vi i Penelope, a także jeden z lepszych romansów, oczywiście tych nieco ‘lżejszych’, które czytałam do tej pory. W moim spojrzeniu wyróżnia się na tle innych książek, bo ma w sobie coś wyjątkowego, ale nie potrafię wam dokładnie odkreślić co to takiego. Dlatego powinniście sięgnąć po tę książkę i przekonać się sami – i mam nadzieję, że nasze odczucia będą podobne.
Co więcej, jak wiecie, uwielbiam, gdy treść potrafi mnie zaskoczyć, a coraz rzadziej się to zdarza. A jednak! Autorki naprawdę dały coś, czego kompletnie się nie spodziewałam i w ogóle nie przypuszczałam. Choć nie będę ukrywać, że całą tą książką jestem pozytywnie zaskoczona. Nie ma tu poruszanych tematów typu molestowanie, przemoc domowa, ale Vi i Penelope pokazują, że życie nie zawsze bywa idealne i skupiły się tym razem na miłości. Może się wydawać, że nic wyszukanego, ale dla mnie to idealnie pasowało do tej historii. Pokazały nam, że miłość potrafi być różna, ale ta prawdziwa zawsze jest bezwarunkowa, bezterminowa.

Pewnie nie muszę wam tego mówić, ale oczywiście, że polecam „Zgryźliwe wiadomości”! Nie będę się powtarzać, że ta historia jest inna, bo… no dla mnie jest. Może dla was będzie kolejną schematyczną, przewidywalną lekturą, ale nie dla mnie. Ja przedstawiam wam swoje uczucia, a to czy się z nimi zgodzicie, nie jest obowiązkiem. Mogę mieć jedynie nadzieję, że przypadnie wam do gustu tak samo, jak mnie i że też będziecie ją wspominać w samych pozytywach.
Napisana lekko, z humorem, z perspektywy obojga bohaterów i bez zbędnych wydarzeń czy opisów. Moje serce skradła, a epilog tej historii… teraz się jednak powtórzę, ale to też coś innego, niż czytałam do tej pory. Naprawdę mam nadzieję, że swoją opinią was przekonałam do sięgnięcia po tę książkę.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red.

19 lipca 2019

93. "Daddy cool" ~ Penelope Ward

Tytuł:Daddy cool
Tytuł oryginału: Mack Daddy
Autor: Penelope Ward
Data wydania: 16 lipca 2019
Wydawnictwo: Editio Red

Jeśli istnieje coś, czego absolutnie nie powinna robić nauczycielka najmłodszych klas elitarnej katolickiej szkoły, to z pewnością jest to nawiązywanie intymnych relacji z ojcem swojego ucznia. Nawet, jeśli ten jest najbardziej seksownym i pociągającym mężczyzną świata, a do tego zrobił dosłownie wszystko, co było w jego mocny, by zapisać swojego syna właśnie do tej szkoły i tej klasy. Jednak surowych zasad nie wolno bezkarnie łamać.
Wiele lat wcześniej Mackenzie Morrison i Francesca O’Hara byli najlepszymi przyjaciółmi. Zrodziło się między nimi uczucie, lecz Mack nagle odszedł, łamiąc serce Frankie. Wydawało się, że to definitywny koniec. Ona spełniła swoje marzenie: została nauczycielką, a w jej życiu pojawił się ktoś ważny. Jednak oboje nie umieli i nie chcieli o sobie zapomnieć. Łączyły ich niedokończone sprawy z przeszłości. Kiedy więc na początku nowego roku szkolnego w klasie pojawił się Mack z kilkuletnim synem, Frankie od razu zrozumiała, że czeka ją trudny wybór między uczuciem a obowiązkiem.
Źródło opisu: okładka książki.

Do lektury „Daddy cool” podeszłam z lekkim dystansem, bo jak wspominałam w swoich poprzednich opiniach, książki Ward czytam głównie w duecie z Vi Keeland, ale ostatnio staram się poznać jej solowe powieści i niestety, pierwsza, po którą sięgnęłam, nie przypadła mi do gustu. Druga była już lepsza i stwierdziłam, że należy dać tej autorce kolejną szansę. Starałam się jednak nie mieć zbyt wielkich oczekiwań, by za bardzo się nie rozczarować.

Francesca to młoda nauczycielka, która bardzo lubi swoją pracę i wkłada w nią serce. Jest osobą, która więcej myśli o innych niż o sobie. Miła, dobra, lojalna, szczera – te słowa jak najbardziej oddają to, jaką jest postacią. Dowiodła tego w kilku sytuacjach. Nie okazała być się lekkomyślną, naiwną bohaterką, jakie się zdarzają. Nie. Frankie to kobieta rozsądna, troszkę niepewna, ale również niezależna, gotowa pomóc każdemu i w każdej chwili.
Mackenzie, czy raczej Mack, to pewny siebie przystojniak z poczuciem humoru i wspaniały ojciec. Dla swojego synka gotów jest zrobić wszystko i poświęcić samego siebie. Mimo, że złamał Frankie serce, tak naprawdę nie można mu zarzucić nic, bo zachował się w odpowiedni sposób, cały czas będąc wobec niej lojalnym i szczerym. Z wierzchu może wydawać się twardym facetem, ale prawda jest taka, że im bardziej go poznajemy, tym odkrywamy, że wewnątrz jest mężczyzną podatnym na zranienie.

Opis jest dość szczegółowy, ale tak naprawdę nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać po tej książce, jak będzie wyglądała ta historia. Miałam swoje domysły, które nie okazały się słuszne, ale zostałam dzięki temu zaskoczona w pozytywny sposób. Penelope wymyśliła fajną opowieść i podobało mi się to, w jaki sposób została pokierowana. W postaci tchnęła życie, w niektórych rozdziałach cofaliśmy się do przeszłości, dzięki czemu mogliśmy odkryć w jaki sposób przed kilku laty zakończyła się historia tej dwójki. Było to naprawdę fajnym uzupełnieniem i dane w bardzo odpowiednich momentach, a co najważniejsze, nie odkrywamy wszystkich kart jednocześnie tylko wszystko zostaje nam pokazane stopniowo.
Akcja powieści rozgrywa się powoli, choć po tak cienkiej książce i wspólnej przeszłości bohaterów można by się spodziewać, że wydarzenia nabiorą szybszego tempa, ale nic bardziej mylnego. Oboje musieli poznać się na nowo, rozliczyć z przeszłości i poukładać sobie sprawy nie tylko między sobą, ale również w swoich życiach. Francesca jest z kimś związana, a Mack ma dziecko z inną kobietą. Samo to sprawia, że ich sytuacja nie jest lekka. I dzięki temu wszystkiemu ciągle coś się w tej książce dzieje, ale nic bez powodu. Żadnego lania wody, żadnych zapychaczy. W tej historii Penelope nie daje się czytelnikowi nudzić. Nawet wtedy, gdy wydawać by się mogło, że coś w życiu bohaterów wychodzi na prostą, autorka rzuca pod ich nogi kolejne przeszkody, z którymi muszą się zmagać. Na pewno Mackenzie i Francesca musieli przebyć długą drogę, jeśli chcieli być razem. Tylko czy im się udało? No cóż, tego wam oczywiście nie powiem.
To trzecia powieść napisana wyłącznie przez Ward, którą przeczytałam i zauważyłam, że w każdej z nich daje bohaterom wspólną przeszłość. Co w zasadzie mi nie przeszkadza, ale postanowiłam podzielić się tym spostrzeżeniem.  
Podobało mi się to, jak Penelope pokazuje, że były partner nie zawsze musi być zły i zgorzkniały z powodu rozstania, ale czasem może być dla nas wsparciem i przyjacielem, którego akurat nam potrzeba. Prócz tego autorka skupia się na pewnej dolegliwości, ale choć nie jest to żadną tajemnicą, chciałabym jednak tego nie zdradzać. W moim mniemaniu bardzo dobrze to rozegrała i nam przedstawiła.
Tym razem naprawdę się do niczego w tej książce nie przyczepię. „Daddy cool” to historia zabawna, poruszająca też ważniejsze kwestie, która jak najbardziej wpadła w mój gust. Może i trochę przewidywalna, ale mi się podobała i na pewno najlepsza, jeśli chodzi oczywiście o własne powieści Penelope Ward, a nie te w duecie, które czytałam. W końcu do trzech razy sztuka, prawda? Nie jest to też powieść przesiąknięta erotyką, bo w zasadzie tych scen jest mało. A jeśli już się pojawiają, są subtelne i z wyczuciem, choć na pewno aluzji trochę się pojawia, ale nie wprawiają w zażenowanie. I mimo przewidywalności, potrafiła też czasem zaskoczyć.

Tak, szczerze mogę powiedzieć, że „Daddy cool” to przyjemna, odprężająca lektura. Może nie jakaś ambitna, ale na pewno może się spodobać. Dlatego mam nadzieję, że udało mi się pomóc wam w zdecydowaniu czy po tę książkę sięgnąć.


Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red.

17 lipca 2019

92. "Gentleman numer dziewięć" ~ Penelope Ward

Tytuł:Gentleman numer dziewięć
Tytuł oryginału:Gentleman Nine
Autor: Penelope Ward
Data wydania: 9 lipca 2019
Wydawnictwo: Editio Red

Playboy, mózgowiec i piękna dziewczyna dorastali razem jako trójka dobrych przyjaciół. Któregoś dnia chłopcy zawarli pakt: żaden z nich – ani Rory, ani Channing – nigdy nie zwiąże się z Amber. Dla nich zawsze będzie wyłącznie przyjaciółką. Jednak gdy Channing wyjechał do college’u, Rory zerwał umowę: on i Amber zostali parą. Po wielu latach chłopak jednak porzucił ukochaną. Zraniona dziewczyna postanowiła, przynajmniej na jakiś czas, dać sobie spokój z mężczyznami. I wtedy w jej życiu ponownie pojawił się Channing. Poprosił o przysługę – potrzebował pokoju na kilka miesięcy. Ona akurat dysponowała wolnym pomieszczeniem, zgodziła się je wynająć.
Dawny playboy i kobieciarz okazał się wspaniałym współlokatorem. Potrafił słuchać. Wiedział, kiedy przynieść butelkę wina i jak przygotować wyśmienity lunch. Do tego wyglądał naprawdę bosko. Zamiast zdradzić jednak Amber swoje skrywane uczucia, zdecydował się po prostu być blisko niej i otoczyć ją delikatną opieką, by wkrótce znów ktoś jej nie skrzywdził. Nic więc dziwnego, że gdy któregoś wieczoru wrócił z pracy i przez kompletny przypadek zajrzał do laptopa współlokatorki, zrozumiał, że musi zareagować. Amber skontaktowała się z ekskluzywną agencją wynajmującą mężczyzn do towarzystwa. Wybrała kogoś, kto figurował w spisie jako Gentleman Numer Dziewięć. Napisała do niego długą i szczerą wiadomość. Channing ją odczytał, a jego obawy o bezpieczeństwo przyjaciółki sięgnęły zenitu. Postanowił działać w bardzo niekonwencjonalny sposób. Co się stanie, kiedy prawda wyjdzie na jaw?
Źródło opisu: okładka książki.

Penelope Ward to autorka, której twórczość jest mi znana głównie z duetu, jaki tworzy wraz z Vi Keeland. Jeśli chodzi o książki wyłącznie jej autorstwa, miałam styczność do tej pory tylko z jedną, a mianowicie z „Napij się i zadzwoń do mnie” i jeżeli ktoś czytał moją opinię, nie przypadła mi ona do gustu. Z racji nowych premier Penelope, postanowiłam, że dam jej kolejną szansę. Przecież każdy na nią zasługuje, prawda?

Amber to kobieta, która nosi serce na dłoni. Potrafi niezwykle mocno kochać i zależy jej na wszystkich w swoim otoczeniu. Jest piękna, dobra i bardzo miła, a do tego silna, niezależna i lojalna. Gotowa nieść pomoc każdemu. A jednocześnie cierpi po zakończeniu wieloletniego związku. Mimo tego, bardzo podobało mi się to, że autorka nie wykreowała jej na użalającą się postać. Ciągle – a może przede wszystkim? – pamiętała o innych. Choć w pewnym momencie jest troszeczkę zagubiona, ale niektóre sprawy przybrały nieoczekiwany obrót i moim zdaniem nie zachowała się źle w tym czasie, lecz postąpiła dość rozważnie, mimo mętliku w głowie. Oraz w sercu.
Channing to postać, którą da się na pewno lubić. Zabawny, charyzmatyczny, uśmiechnięty. Każdemu poświęca swoje zainteresowanie. Nawet jeśli widzi tego człowieka pierwszy raz na oczy. Jest przystojnym kobieciarzem, ale za to naprawdę prawdziwy z niego przyjaciel, który troszczy się o swoich bliskich. I kocha ich bezwarunkowo.
Oboje, prócz wieloletniej przyjaźni i wspólnej historii, łączy na pewno to, że są ludźmi inteligentnymi oraz dobrymi.

Gentleman numer dziewięć” na pewno zatarł to niemiłe wrażenie, które zostało mi po poprzedniej solowej lekturze tej autorki. Była to książka zabawna, ale próbująca przekazać też jakieś wartości, o których za bardzo wolałabym nie mówić, bo nie jest to pokazane od razu i nie chciałabym spojlerować. Powiem wam, że dotyczy to między innymi bliskich oraz tego, co może nas spotkać. Tego, że nie możemy być pewni czy rzeczywiście mamy przed sobą tyle lat, ile nam się wydaje. Być może czas, który został nam dany, jest znacznie krótszy, dlatego powinniśmy cieszyć się każdą chwilą z rodziną oraz przyjaciółmi.
Podobało mi się to, że narracja jest pierwszoosobowa z perspektywy obu postaci, bo dzięki temu mogliśmy je lepiej poznać, ale nie będę ukrywać, że jakoś lepiej czytało mi się relację Channinga i odniosłam to wrażenie kilkukrotnie. Może po prostu bardziej go polubiłam?
Kolejnym plusem tej książki jest to, że akcja pomiędzy bohaterami nie rozgrywa się tak szybko mimo, że już w opisie mamy zdradzone, że Channing żywi do Amber jakieś skrywane uczucia i dzieli ich wieloletnia przyjaźń, więc znają się bardzo dobrze. Troszeczkę tego się obawiałam, ale na szczęście autorka kazała nam w tym przypadku czekać na powolny rozwój wypadków, co naprawdę lubię i bardzo często zwracam na to uwagę.
Pojawił się też miłosny trójkąt! Za czym, szczerze mówiąc, nie bardzo przepadam. Odpowiedź na pytanie, którego wybierze w ostateczności, wydaje się być oczywista, ale w pewnym momencie nie byłam już taka pewna czy mam rację i to kolejna zaleta, bo Penelope przez kilka rozdziałów trzyma nas w niepewności wobec tego, co zaraz się może wydarzyć.
Niestety, pojawiły się też minusy, choć na pewno mniej niż w mojej opinii „Napij się i zadzwoń do mnie”. Przede wszystkim zabrakło mi troszeczkę emocji. Nie mówię, że wcale się nie pojawiły, ale jednak dla mnie było za mało tych odczuwalnych. Jeśli wiecie, co mam na myśli. Niektóre dialogi pomiędzy bohaterami nie do końca czytało mi się płynnie, naturalnie. Coś tam nie pasowało, jakby zabrakło odrobinę naturalności. Tak samo jak w scenach seksu, których dużo może nie było, nie były też jakieś wyuzdane i nieprzyjemne dla czytelnika, ale w nich także zabrakło mi tej naturalności, płynnego przejścia w rozmowach czy czynnościach. Zdarzyło mi się też kilkukrotnie zauważyć, że czasem niektóre opisy, nawet tych zwyczajowych czynności, były zbyt krótkie, jakby… na przyspieszeniu? Momentami autorka zbyt szybko coś relacjonowała i przechodziła z jednego wydarzenia do drugiego.

Ta pozycja może i jest przewidywalna, oparta nieco na utartych już schematach, nie jest na pewno idealna, ale w jakiś sposób mi się podobała. Sama historia i to, jak została przedstawiona. Mimo tego, że czasem w opisach czy dialogach mi coś nie odpowiadało, to jednak w większości czytało mi się lekko. Raczej drugi raz do niej nie wrócę, ale nie jest to zła książka. Nie mówię wam, że jej nie polecam, bo nigdy tego nie mówię i mam świadomość, że „Gentleman numer dziewięć” jak najbardziej może się podobać. Ja przedstawiłam swoją opinię i mam nadzieję, że dzięki niej udało wam się zdecydować czy chcecie tę książkę przeczytać.


Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red.

15 czerwca 2019

83. Przedpremierowo: "Zbuntowane serce" ~ Vi Keeland & Penelope Ward

Tytuł:Zbuntowane serce
Tytuł oryginału:Rebel Heart: Book Two
Autor: Vi Keeland & Penelope Ward
Data wydania: 03 lipca 2019
Wydawnictwo: Editio Red

Piękne lato w Hamptonie i gorący romans wydają się przepisem na idealne wakacje. Wiadomo jednak, że zakochać się w najbardziej nieodpowiednim facecie na ziemi, wytatuowanym twardzielu bez skrupułów, który jest dziedzicem bajecznej fortuny, zwiastuje duże kłopoty. Mądre dziewczyny o tym wiedzą. Gia również wiedziała, mimo to z pełną świadomością wplątała się w skomplikowaną relację, z której trudno wyjść bez ran.
Uczucie, które niespodziewanie narodziło się między nią a Rushem, okazało się czymś mocniejszym od zwykłej letniej miłostki, lecz nie było im dane po prostu cieszyć się swoją miłością. Musieli zmierzyć się z cierpieniem i dokonać trudnych wyborów. Druga część tej historii nie przyniesie cudownego rozwiązania narastających problemów pary. Konsekwencje jednorazowej przygody z Harlanem będą dla dziewczyny dużo poważniejsze niż niespodziewane macierzyństwo. Jak mocny okaże się związek Gii i Rusha?
Źródło opisu: okładka książki.

„[…] można uciec od ludzi, ale nie można uciec od tego, co nosisz w sercu.

Wiem, że powtarzałam się wielokrotnie, ale naprawdę uwielbiam ten autorski duet. Vi i Penelope każdą swoją powieścią potrafią skraść mi serce i jest coś, co muszę powiedzieć na początku. Przeczytałam pod rząd trzy pozycje spod ich wspólnego pióra i szczerze? Gdy tylko skończyłam „Zbuntowane serce”, zrobiło mi się strasznie smutno, bo zapragnęłam kolejnej ich twórczości, ale… skąd? Mam nadzieję, że bardzo szybko coś nowego się pojawi, bo na pewno po to sięgnę!

Gia nadal jest zadziorną i momentami pyskatą kobietą, co dodaje niewątpliwie tej historii humoru, ale w tej części musi się zmierzyć z niespodziewanym. Gdy zaczęła już się godzić z tym, co jej się przydarzyło, jej świat znów się wywrócił i teraz dziewczyna musi się mierzyć z dużymi zmianami, z przewrotnością jaką zgotował jej los oraz z konsekwencjami jednej źle podjętej decyzji. Mimo, że jest jej niewątpliwie ciężko przez to wszystko co się wokół niej dzieje, przez cały ten czas trzymała się naprawdę dzielnie i przede wszystkim, nie użalała się nad sobą. Choć myślę, że wzięła na swoje barki zbyt duże poczucie winy.
Rush tutaj został pokazany z nieco mniej agresywnej i wkurzonej strony. Za to chyba bardziej zostało pokazane to, jak bardzo jest wrażliwy i lojalny. Jest bardzo skryty, strzeże swojej prywatności, ale jeśli przed kimś już się otworzy, komuś zaufa, to w pełni. W drugim tomie własnej historii ten mężczyzna jest zagubiony i wcale się mu nie dziwię, ale jego troskliwa natura zawsze wysuwa się na pierwsze miejsce. I autorki postawiły przed nim naprawdę, naprawdę bardzo trudną decyzję do podjęcia.

To głupie oczekiwać, że w życiu da się cokolwiek wykazać ze stuprocentową pewnością. Nawet najmniejszy cień zwątpienia to wciąż zwątpienie. I to zwątpienie jest normalne, bo życie zawsze zawiera w sobie sporą dawkę niepewności. Każdego dnia żyjemy ze świadomością, że możemy umrzeć. A jednak co rano wstajemy i pomimo tej świadomości robimy to, co mamy do zrobienia. Życie nie powinno polegać na ciągłych próbach udowadniania sobie czy innym, że nie grozi nam zranienie. Życie powinno polegać na pogodzeniu się z niepewnością i czerpaniu radości z oglądania pięknych zachodów słońca z ludźmi których kochamy.

Akcja rozgrywa się w momencie, w którym zakończył się „Zbuntowany dziedzic”, a więc od początku coś tu się zaczyna dziać. A w zasadzie dużo. Szczerze powiedziawszy, zastanawiałam się dość mocno co też autorki wykombinują w drugim tomie i nieco się obawiałam, że może to się okazać tom na siłę, lanie wody, jakieś zapychacze. Zapewniam was jednak, że nie! Działo się wiele, zawsze coś, niewątpliwie. A przede wszystkim – do ostatnich stron trzymały mnie w niepewności.
Jak zawsze posłużyły się humorem, choć w tej historii było go jakby mniej przez to, że była to raczej słodko-gorzka opowieść.  Choć niesie za sobą też pewne przesłanie. Vi i Penelope skupiają się na bardzo ważnym temacie, jakim jest ojcostwo. Co to znaczy? Kto nim jest tak naprawdę? Nie bardzo chcę rozwijać ten temat, by nie zdradzać zbyt wiele, jeśli czyta to ktoś, kto nie przeczytał jeszcze pierwszej części, ale autorki dość obszernie rozwijają ten temat.
Książkę przeczytałam w jeden wieczór, a w zasadzie bardziej w jedną noc, bo gdy już zaczęłam to wiedziałam, że nie chcę jej kończyć. Została napisana naprawdę w przyjemny sposób, nie powodowała nudy i potrafiła trzymać w napięciu. Znów mamy tutaj perspektywę zarówno Gii jak i Rusha, dzięki czemu poznajemy ich uczucia i myśli ze źródła, a przez to  dowiadujemy się jak radzą sobie z pewnymi sytuacjami i jak bardzo jest im obojgu ciężko to wszystko jakoś rozwiązać, wrócić na odpowiednią ścieżkę. Były momenty naprawdę słodkie, zgłasza Rush bywał naprawdę cudowny, jego niektóre słowa i zachowania, to jak ciągle był troskliwy mimo… wszystkiego. Niestety zdarzały się też momenty te… mniej szczęśliwe.
Cieszę się, że mogłam poznać przygodę Gii i Rusha i naprawdę przez oba tomy ściskałam mocno za tę parę kciuki, bo los postanowił z nich naprawdę zadrwić. Wierzyłam jednak, że ich miłość okaże się wystarczająco silna, by odnaleźć wspólną, szczęśliwą drogę.

Czy wam polecam? Oczywiście! Jak zawsze, jeśli chodzi o książki Pelenope i Vi. Wykazują się przyjemnym piórem, zabawnymi historiami, ale także zawsze starają się wpleść w nie coś poważniejszego i oryginalnego. Także choć ta historia, zarówno pierwszy jak i drugi tom, może wydać się ciut schematyczna i przewidywalna, ja ją polecam z całego serca pomimo, że może to nie są najlepsze dzieła tych autorek. Niestety jednak nie jestem w stanie powiedzieć, która pozycja tego duetu podobała mi się najbardziej, bo sięgam po wszystko z zamkniętymi oczami i pewnością, że będzie to trafiona lektura!
Mam nadzieję, że dzięki mojej opinii wiecie już, że możecie sięgnąć po tę książkę!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red.

14 czerwca 2019

82. "Zbuntowany dziedzic" ~ Vi Keeland & Penelope Ward

Tytuł:Zbuntowany dziedzic
Tytuł oryginału:Rebel Heir: Book One
Autor: Vi Keeland & Penelope Ward
Data wydania: 24 kwietnia 2019
Wydawnictwo: Editio Red

Piękne lato w Hampton wcale nie musi się dobrze skończyć. Niestety, Gia nie wiedziała, jakie skutki będzie miała jej uprzejmość wobec przyjaciółki. To właśnie tej nocy poznała wytatuowanego faceta z trzydniowym zarostem na twarzy. Miał wysportowane ciało i nieprzyzwoicie intensywne spojrzenie. Rush nie pasował do wymuskanych gogusiów, którzy przychodzili do tego lokalu. Był twardzielem bez skrupułów, w dodatku cholernie bogatym. Do takich mężczyzn nie wolno się zbliżać, a już na pewno się w nim zakochiwać.
Gia jednak nie uciekła gdzie pieprz rośnie. Została w barze. Szybko zbliżyła się do Rusha i jeszcze szybciej się w nim zakochała. Odkryła, że jest wspaniałym mężczyzną skrywającym się za maską wrednego szefa. Jej uczucie stawało się coraz głębsze i mocniejsze. Straciła kontrolę nad tym związkiem, a przecież słyszała wyraźnie, że przystojny dziedzic wielkiej fortuny nie zamierza wiązać się z nią na dłużej. Miłość do takiego człowieka to nic innego, jak tylko kłopoty. Zwłaszcza, że Gia mimowolnie zrobiła wiele, aby sprawy jeszcze bardziej się skomplikowały, a sytuacja stała się trudna do zniesienia…
Źródło opisu: okładka książki.

Czasem strach przed tym, co może nas spotkać złego, nie pozwala nam doświadczyć tego, co dobre.

Vi Keeland i Penelope Ward. Wystarczy, że widzę kolejną ich powieść, a wiem, że ją chcę, nawet nie zwracając większej uwagi na to, o czym dana historia jest. Na dobrą sprawę to czytam dokładnie opis dopiero, jak się biorę za czytanie, by zorientować się trochę w sytuacji. Tak samo było ze „Zbuntowanym dziedzicem”, ale tutaj troszkę sprawa wyglądała inaczej. Wiedziałam, że chcę tę książkę przeczytać, ale dopiero, gdy będę miała drugi tom na swojej półce. I z racji, że dostałam oba tomy, wzięłam się za czytanie, nie wiedząc czego się spodziewać, bo na dobrą sprawę to pierwszy raz, kiedy autorki rozbiły swoją historię na więcej niż jeden tom.

Gia to młoda, piękna dziewczyna, która stara się napisać książkę, ale pisanie nie idzie jej najlepiej ostatnimi czasy. Z czasem okazuje się, że ma niewyparzoną buzię, potrafi być temperamentna i wcisnąć się między bijących. Jest także kobietą szczerą i miłą, o dobrym sercu, które szybko można zranić. I na pewno nie potrafi robić drinków.
W momencie, kiedy pierwszy raz zjawił się Rush, przystojny, seksowny i wytatuowany, pomyślałam sobie, że straszny z niego wredny dupek. Zresztą, taką też ma opinię wśród swoich pracowników. Nie bez powodu. Jak jednak zdradza sam opis, to tylko maska, za którą kryje się wrażliwy i naprawdę troskliwy facet, którym czasem kieruje strach. I nie daje tego po sobie poznać nawet Gii, która im lepiej go poznaje, tym bardziej go pragnie. Ze wzajemnością.

Jeśli boisz się w kimś zakochać, to zwykle dlatego, że już się zakochałeś.

Związek pomiędzy bohaterami jest czymś, do czego nie może dojść. I to głównie jest zdanie Rusha. Przede wszystkim dlatego, że on nie poszukuje trwałych związków. Pod tym względem to stereotypowy facet. Drugiego powodu nie będę zdradzać, ale był on przez cały czas głównie wymówką dla niego, by trzymać się od dziewczyny z daleka, co momentami było zabawne, bo ten facet oszukiwał samego siebie.
Choć niewątpliwie pomiędzy tą dwójką iskrzy już od samego początku, akcja nie nabiera tempa aż tak szybko, jeśli wiecie o co mi chodzi. Na początku są kimś w rodzaju przyjaciół, poznają swoje prawdziwe strony, choć wzajemne pragnienie ciągnie się za nimi od pierwszego spotkania. I to bardzo mi się podobało. Mimo, że pożądanie było obustronne i silne, długo z tym walczyli, dzięki czemu, tak jak już wspomniałam, nie działo się zbyt wiele na raz i autorki trzymały mnie w napięciu, bo nie wiedziałam, kiedy ich kontrola zniknie. A dzięki temu, że mieliśmy perspektywę pierwszoosobową zarówno Gii jak i Rusha, mogliśmy się doskonale przekonać, co oboje czuli. I w jaki sposób próbowali z tym walczyć. I pomimo wielu aluzji do seksu, nie było ich w tej książce wcale tak dużo. Było ich naprawdę bardzo… mało.
Zbuntowany dziedzic” to książka napisana w przyjemny sposób, którą czyta się naprawdę szybko i potrafi wciągnąć. Mogę szczerze powiedzieć, że trzymała mnie momentami w napięciu, a także przyprawiła o ściśnięty żołądek i mocniejsze bicie serca. Autorki jak zawsze wykazały się humorem w tej powieści, a także pomysłowością. Może ta historia nie była tak oryginalna jak mogłabym chcieć, ale  z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mi się podobała. Na pewno potrafi też zaskoczyć, choć u mnie niestety to się nie sprawdziło, bo przeczytałam opis drugiego tomu i w pewien sposób sobie zaspojlerowałam, co się wydarzy. Nie spodziewałam się jednak, że w taki sposób. I myślę, że końcówka tego tomu dla niejednego czytelnika okaże się równoznaczna z rzuceniem bomby.

Jeżeli szukacie fajnego romansu, który jest zabawny i na pewno zaskoczy niejednego czytelnika, który nie będzie nudny i nie będzie zawierał tak zwanych zapychaczy, to może być to lektura dla was. Mam nadzieję, że dzięki mojej opinii podjęliście decyzję, jeśli się kiedyś wahaliście co do przeczytania „Zbuntowanego dziedzica”, a ja tymczasem biorę się za czytanie drugiego tomu, bo jestem ciekawa co tam autorki wymyśliły!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red.

12 czerwca 2019

81. Przedpremierowo: "Romans po Brytyjsku" ~ Vi Keeland & Penelope Ward

Tytuł:Romans po Brytyjsku
Tytuł oryginału:British Bedmate
Autor: Vi Keeland & Penelope Ward
Data wydania: 19 czerwca 2019
Wydawnictwo: Editio Red

Kiedy jesteś wdową po trzydziestce i samotnie wychowujesz ośmioletniego syna, musisz temu zadaniu podporządkować wszystkie plany, aspiracje i marzenia. Podołanie codziennym obowiązkom staje się sporym wyzwaniem. Kolejny mężczyzna w życiu? Cóż… oni raczej nie są zainteresowani związkiem z kobietą z dzieckiem. Dlatego samotna matka nie powinna mieć większych nadziei na znalezienie odpowiedzialnego faceta, z którym stworzy szczęśliwą rodzinę, prawda?
Bridget Valentine doskonale zdaje sobie sprawę z tego i choć wpadli sobie w oko z Simonem Hogue’em, młodym i wyluzowanym lekarzem, postanawia trzymać go na dystans. Zwłaszcza, że wymiana ich pierwszych spojrzeń nastąpiła w niecodziennych okolicznościach: przy usuwaniu haczyka wędkarskiego z pośladka kobiety. Zaraz potem okazało się, że przyjazny doktor będzie przez kilka miesięcy jej współlokatorem. Ich zamieszkanie pod jednym dachem sprzyja poznawaniu się, żartom i… wspólnemu czytaniu książek. Napięcie wzrasta, uczucia nabierają głębi. Tyle, że Simon na pewno nie jest odpowiednim mężczyzną dla Bridget.
Ta pełna humoru historia opowiada o fascynacji, pożądaniu, ale i odpowiedzialności za swoje decyzje i uczucia innych osób. Bridget do niedawna nie była gotowa na nową relację, ale Simon bardzo jej się podoba. On natomiast ma świadomość, że nie może sobie pozwolić na dłuższy związek. Jest jeszcze syn Bridget, który zaakceptował i bardzo polubił „wujka”. Czy można w takim chaosie znaleźć rozwiązanie, które nikogo nie zrani?
Źródło opisu: okładka książki.

Dom to nie budynek z cegieł. Dom to twoje szczęśliwe miejsce.

Może już wiecie, a może jeszcze nie, ale naprawdę uwielbiam książki, które wspólnie piszą te dwie autorki i z przyjemnością sięgam po kolejne, nowe pozycje. Nigdy jeszcze się nie zawiodłam, ale co za tym idzie, moje oczekiwania nie są wcale małe. Sięgam po ich pozycje z nadzieją na dobrą lekturę. Tak też było w przypadku „Romans po Brytyjsku”, ale czy się nie rozczarowałam?

Muszę już na początku powiedzieć, że Bridget to kobieta, którą zaczęłam podziwiać za to, jak sobie radziła z wychowaniem ośmioletniego syna po stracie męża. Nie użalała się nad sobą, a na pierwszym miejscu zawsze było dobro jej dziecka. Nawet jeśli musiała z czegoś zrezygnować dla siebie. Jest rozważną, miłą osobą, ale także niepewną siebie, co się okazało z biegiem czasu, bo najzwyczajniej w świecie czuła strach. Od dwóch lat sama wychowywała swoje dziecko i moim zdaniem naprawdę świetnie sobie radziła w tej roli. Zapewniła swojemu synowi poczucie bezpieczeństwa i miłości. A czy nie tego ośmioletni chłopiec potrzebuje najbardziej?
Simon natomiast to bardzo zabawny, młody lekarz, który skradł mi serce już od pierwszych stron, ale z biegiem czasu miał je coraz bardziej. Przystojny, pewny siebie i momentami ciut arogancki, w pozytywnym sensie. A do tego troskliwy, co już nie raz wykazał nie tylko w przypadku Bridget, ale jej syna czy chociażby swoich pacjentów. Jest lekarzem niewątpliwie z powołania, choć na decyzję o takiej ścieżce kariery wpłynęły pewne fakty z przeszłości.

Ale miłość rodzi niepewność i sprawia, że ludzie stają się słabsi i żałośni.

Jak tylko zaczęłam czytać „Romans po Brytyjsku”, po kilku zdaniach na moją twarz wystąpił uśmiech i nie chciał stamtąd zejść przez długi czas. Podobała mi się ta historia, która zawierała naprawdę sporą dawkę humoru, ale nie tylko, choć myślę, że to ‘najlżejsza’ opowieść Vi i Penelope. Tym razem pokazały nam jednak, że w niektórych związkach nie chodzi o nas samych, ale czasem jest ktoś jeszcze. W tym przypadku bohaterowie musieli myśleć przede wszystkim o tym, jak to wszystko wpłynie na syna Bridget. Zwłaszcza, że Siomon jest zadeklarowanym kawalerem, który nie chce rodziny i za kilka miesięcy wyjeżdża.
Lubię, kiedy akcja pomiędzy bohaterami nie rozgrywa się w dynamicznym tempie i już po kilku rozdziałach zdają sobie sprawę, że łączy ich wielkie uczucie i na szczęście autorki mi tego nie zafundowały. Owszem, coś między tą dwójką zaczyna się dziać już na samym początku, zapala się mała iskierka, ale wszystko przebiega stopniowo, aby czytelnik mógł się oswoić z sytuacją i zrozumieć, że coś jest na rzeczy. A dzięki perspektywie pierwszoosobowej, napisanej oczami zarówno Bridget jak i Simona możemy poznać uczucia i myśli z ‘pierwszej ręki’.

Vi Keeland i Penelope Ward tą historią kupiły mnie po raz kolejny. Jeśli miałabym wybierać spośród wszystkich swoją ulubioną, chyba bym nie potrafiła. To opowieść o wyborach, których muszą dokonać, by nie skrzywdzić ośmioletniego dziecka, które nie jest niczemu winne. Tutaj nie mogą sobie pozwolić na szybki romans, a później się pożegnać, bo małe dziecko potrafi się szybko przywiązać, prawda?
Romans po Brytyjsku” to coś zupełnie innego niż autorki pokazały nam do tej pory. Dla mnie nie była to książka przewidywalna i może troszkę ‘wtarła’ się w znane już schematy, ale tylko trochę. Pewny siebie, seksowny mężczyzna i niepewna siebie kobieta. Co do reszty? Moim zdaniem autorki wykazały się tym razem oryginalnością i pomysłowością. Napisana naprawdę w lekki, przyjemny sposób, a sceny seksu, choć się ich trochę pokazały, były napisane w sposób subtelny i z granicami.
I najważniejsze! Autorki mnie zaskoczyły. W pewnym momencie dały coś, czego naprawdę kompletnie się nie spodziewałam! A ja naprawdę uwielbiam, kiedy książka mnie potrafi zaskoczyć. Co za tym idzie jednak, tym wątkiem pokazały również jak ważna jest szczerość, jeśli zależy nam na drugiej osobie, że pomimo tego, jak prawda jest zła i jak może zranić drugą osobę, prawda jest jednak zawsze lepsza.

Miłość czyni cię silniejszym, a nie słabszym.

Jeśli szukacie lekkiego, zabawnego romansu, gdzie sceny seksu nie przeważają, „Romans po Brytyjsku” może być czymś, co wam się spodoba (mam nadzieję, że się spodoba!). Jak mówiłam, ja jestem jak najbardziej kupiona. To była lektura, której nie żałuję, która umiliła mi czas, trzymała momentami w napięciu i potrafiąca zaskoczyć, a po jej zakończeniu chciałam jeszcze kontynuować tę historię Bridget i Simona.
Mam nadzieję, że moja opinia pomogła wam w podjęciu decyzji i przeczytanie tę książkę!

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio Red.