
Tytuł oryginału: „The Holly Project”
Autor: Kate Sterritt
Data wydania: 14 sierpnia 2019
Wydawnictwo: Kobiece
Holly Ashton jest całkowicie pochłonięta pracą architekt w najbardziej
prestiżowej firmie w Sidney. Stara się być silną i niezależną kobietą i tylko
raz w roku pozwala sobie na żałobę po zmarłej matce.
Właśnie w dniu swoich dwudziestych piątych urodzin przypadkowo spotyka
dyrektora firmy deweloperskiej Ryana Davenporta, który wywraca jej ściśle
kontrolowany świat do góry nogami. Jest przebojowy, ambitny i przyzwyczajony do
tego, czego chce. A aktualnie pragnie pięknej i wygadanej Holly.
Źródło opisu: okładka
książki.
Nie będę oszukiwać. Do przeczytania tej książki skłoniła mnie okładka.
W końcu każdy z nas jest czasem okładkową sroką, prawda? I u mnie czasem ta
cecha się odzywa, chociaż sam opis również sprawił, że chciałam zapoznać się z
tą historią. Nie znałam do tej pory autorki kompletnie, nie wiedziałam czego
się spodziewać, a jednak nastawiłam się na tę lekturę dość pozytywnie. Tylko
czy słusznie?
Główna bohaterka jest kobietą niezależną i bardzo ambitną, która w młodości
przeżyła coś bardzo silnego i bardzo emocjonalnego, co wpłynęło na to, jaką
kobietą stała się teraz. Musi wszystko kontrolować, by jej życie było spokojne,
a przede wszystkim wokół siebie wzniosła bardzo silne mury obronne. Widać, że architektura
jest jej pasją, że kocha to co robi. Jest też piękna i wygadana, ale w jej
wnętrzu kryje się lęk, którego stara się nie dać po sobie poznać. Jednak w
pewnym momencie ułożone życie pięknej Holly zaczyna się sypać wraz z murami,
gdy poznaje pewnego przystojnego mężczyznę.
Rayan to postać, której rozbudowania troszeczkę mi brakowało. Owszem,
występuje bardzo często, ale zabrakło mi w którymś momencie większego poznania
jego postaci, jeśli rozumiecie o co mi chodzi. Niby jest pewny siebie, bogaty i
przystojny, ale w pewnych momentach pokazuje niepewność i gdzieś tam w środku
czają się jakieś uprzedzenia jeśli chodzi o związki. Bywa też zabawny i
seksowny, ma swoją wrażliwą stronę, ale jak już wspomniałam, chciałabym by jego
postać była przedstawiona w szerszym zakresie. Zabrakło mi tego, niestety.
„Z widokiem na miłość” to
książka, którą czyta się dość szybko i nawet całkiem przyjemnie, ale odniosłam
wrażenie, że autorka nadała wszystkiemu zbyt szybkiego tempa. Kate mogła dodać
trochę więcej stron, by nadać wszystkiemu wolniejszego rozwoju, bo według mnie
zarówno relacja pomiędzy głównymi bohaterami jak i same wydarzenia… no cóż,
potrzebowały trochę więcej czasu i uwagi. Nawet zwyczajne wyjście na obiad
przez głównych bohaterów potrafiło być opisane w kilku rozdziałach, co mi
osobiście troszkę wadziło. Nie zawsze czytało mi się tą książkę płynnie i
naturalnie, co właśnie mogło być spowodowane tym przyspieszeniem… właściwie
wszystkiego, bo moim zdaniem również dialogi czasem zbyt szybko zostały
kończone. Fajnie byłoby, gdyby to zostało rozbudowane i wydłużone. Naprawdę
kilka stron więcej nie zaszkodziłoby tej historii, a mogłoby ją tylko ulepszyć,
bo jak najbardziej sam pomysł miał potencjał.
Zabrakło mi także emocji. Nie zawsze, ale jednak. Miałam czasami takie
uczucie, że to jest trochę… bezemocjonalne, albo to ja po prostu nie potrafiłam
się w tę historię wczuć, wgryźć i przez to takie a nie inne wrażenia. Ta opowieść jest napisana z perspektywy Holly,
bo to jest właśnie jej historia. O jej radzeniu sobie z uczuciami, o
dostrzeganiu pewnych spraw, spojrzeniu na to innym okiem. Autorka w ten sposób
pokazała, że niektóre wydarzenia i emocje wymagają po prostu więcej czasu, ale
nie powinniśmy niczego w sobie dusić. Powinniśmy pozwolić, by to, co w nas
siedzi, wyskoczyło na zewnątrz. Czasem to jest najlepsze rozwiązanie.
I teraz pytanie najważniejsze. Czy wam polecam tę książkę?
Nie jest ona idealna. Ma swoje wady, które wymieniłam, jest
przewidywalna i trochę schematyczna, ale nie była wcale taka zła i nie mogę wam
powiedzieć, że jej nie polecam, bo mimo minusów, nie żałuję, że ją przeczytałam
i poznałam tę historię. A i z czasem czytało się ją lepiej, sprawiła, że
mocniej mi zabiło serducho i wywołała uśmiech na twarzy. Nie była też mocno
przesączona seksem, te sceny były opisane łagodnie i subtelnie, bez wywoływania
zażenowania u czytelnika. „Z widokiem na
miłość” była raczej niezobowiązującą lekturą, odskocznią i mimo zastrzeżeń,
fajnym zabijaczem czasu.
Moim zdaniem najlepiej będzie, jeśli sięgniecie po tę książkę i
ocenicie czy wam się podoba czy nie. I mam nadzieję, że moja opinia wam pomogła
w podjęciu decyzji.
Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiece.
Jakoś mnie nie kusi. 😊
OdpowiedzUsuń